Wasze zdanie jest dla mnie bardzo ważne.
Statystyki są bezlitosne i nie pozostawiają złudzeń, że Polska jest krajem wyznaniowym, nawet jeżeli wszyscy mówią, że jest inaczej. Taki stan rzeczy można dostrzec nawet, bez podpierania się statystykami
Jest gorzej niż można by było się spodziewać. Statystyki bezlitośnie zakotwiczają nasz kraj w ciemnogrodztwie. Otóż nikogo nie powinno dziwić, bo raczej bulwersować i szokować, że kościołów katolickich jest więcej niż szkół podstawowych. Dawać do myślenia powinien fakt, że szkół wyższych jest mniej od katolickich sanktuariów. Niebezpieczny stan podwyższonego ciśnienia, może wywołać informacja o przeważającej większości księży w stosunku do lekarzy pierwszego kontaktu. Bezsilność i zgrzyt zębów, mogą być efektem dużo mniejszej ilości aptek, urzędów pocztowych czy przychodni zdrowia, względem kościołów, na które można natknąć się niemalże na każdym przysłowiowym rogu. Czy trzeba jeszcze wspominać o bibliotekach, teatrach, kinach i innych obiektach użyteczności publicznej? Wiadomo, że i te są daleko w tyle za budowlami sakralnymi. To są fakty, które wywołać powinny oburzenie nie tylko u racjonalistów.
Główny Urząd Statystyczny podaje, że liczba kościołów katolickich, w tym kaplic, już dawno przekroczyła liczbę szkół podstawowych i zakładów opieki zdrowotnej, zarówno publicznych jak i niepublicznych razem wziętych. Segment szkolnictwa i zdrowia, przegrywa z kościołami w stosunku 14 tys. do 15 tys. To normalne?
Urzędów pocztowych jest 8,5 tysiąca, tyleż samo bibliotek wraz ze wszystkimi filiami, natomiast aptek około 10,5 tysiąca. Wszelkiego rodzaju kaplic, kapliczek i krzyży nie da się policzyć.
Wszystkich sług Bożych, począwszy od zakonników, a kończąc na wszelkiej maści purpuratach, jest łącznie ponad 53 tysiące, zaś lekarzy rodzinnych tylko niespełna 9 tysięcy. Świetnie, prawda?
W polskich szkołach nauczycieli uczących chemii, biologii, fizyki czy geografii jest ponad 13 tysięcy. Katechetów uczących zasad jedynie słusznej wiary, dwa i pół razy więcej, bo 34 tysiące. Czyż nie zaciskają się pięści? Bo mi tak.
W Polsce więc łatwiej natrafimy na jedno z ponad pięciuset sanktuariów, niż na teatry, których jest zaledwie 184.
Smutne i zatrważające to liczby, ale dziwić się nie ma czemu. Wszak ambicje państwa wyznaniowego, muszą zachować słuszne proporcje.
Artykuł został opublikowany w serwisie www.wiadomosci24.pl
Jest gorzej niż można by było się spodziewać. Statystyki bezlitośnie zakotwiczają nasz kraj w ciemnogrodztwie. Otóż nikogo nie powinno dziwić, bo raczej bulwersować i szokować, że kościołów katolickich jest więcej niż szkół podstawowych. Dawać do myślenia powinien fakt, że szkół wyższych jest mniej od katolickich sanktuariów. Niebezpieczny stan podwyższonego ciśnienia, może wywołać informacja o przeważającej większości księży w stosunku do lekarzy pierwszego kontaktu. Bezsilność i zgrzyt zębów, mogą być efektem dużo mniejszej ilości aptek, urzędów pocztowych czy przychodni zdrowia, względem kościołów, na które można natknąć się niemalże na każdym przysłowiowym rogu. Czy trzeba jeszcze wspominać o bibliotekach, teatrach, kinach i innych obiektach użyteczności publicznej? Wiadomo, że i te są daleko w tyle za budowlami sakralnymi. To są fakty, które wywołać powinny oburzenie nie tylko u racjonalistów.
Liczby "mówią"
Główny Urząd Statystyczny podaje, że liczba kościołów katolickich, w tym kaplic, już dawno przekroczyła liczbę szkół podstawowych i zakładów opieki zdrowotnej, zarówno publicznych jak i niepublicznych razem wziętych. Segment szkolnictwa i zdrowia, przegrywa z kościołami w stosunku 14 tys. do 15 tys. To normalne?
Urzędów pocztowych jest 8,5 tysiąca, tyleż samo bibliotek wraz ze wszystkimi filiami, natomiast aptek około 10,5 tysiąca. Wszelkiego rodzaju kaplic, kapliczek i krzyży nie da się policzyć.
Wszystkich sług Bożych, począwszy od zakonników, a kończąc na wszelkiej maści purpuratach, jest łącznie ponad 53 tysiące, zaś lekarzy rodzinnych tylko niespełna 9 tysięcy. Świetnie, prawda?
W polskich szkołach nauczycieli uczących chemii, biologii, fizyki czy geografii jest ponad 13 tysięcy. Katechetów uczących zasad jedynie słusznej wiary, dwa i pół razy więcej, bo 34 tysiące. Czyż nie zaciskają się pięści? Bo mi tak.
W Polsce więc łatwiej natrafimy na jedno z ponad pięciuset sanktuariów, niż na teatry, których jest zaledwie 184.
Smutne i zatrważające to liczby, ale dziwić się nie ma czemu. Wszak ambicje państwa wyznaniowego, muszą zachować słuszne proporcje.
Artykuł został opublikowany w serwisie www.wiadomosci24.pl
Ku uciesze ekologów powstaje nowy urząd, który kobierce rozkładał będzie pod ich szlachetne stopy i w pokorze wielkiej pytał się ich o zgodę na realizację wszelkich inwestycji, które zagrozić by mogły wszystkiemu co dla nich miłe
Szykują się ciepłe, w kontekście nie tylko zbliżającej się zimy, ale także dobrze płatne posadki. Formuje się bowiem nowy urząd - Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. Na pomysł powołania nowego urzędniczego tworu, wpadł minister środowiska - Maciej Nowicki. Owa Generalna Dyrekcja, niczym miła dla ekologów huba, przyssie się do kierowanego przez Nowickiego resortu.
Czymże zatem ma zajmować się to kolejne biurokratyczne nieporozumienie? Otóż cechować ma je służalcza spolegliwość w negocjowaniu z ekologicznymi oszołomami warunków np. wycięcia drzew, budowy dróg, czy realizacji innych inwestycji. Generalnie chodzi o to, że urzędasy będą starały się wypraszać zgodę u ekologów
na każdy plan budowy czegokolwiek. Jednak w taki sposób, aby ten został zaakceptowany przez "zielonych".
Będą więc dysputy o żabkach, chrząszczach, mrówkach i każdej innej gadzinie, której dobro będzie miało większe znaczenie od ilości budowanych dróg, ich przebiegu czy potrzeb społecznych jak i ekonomicznych.
Już teraz eko-oszołomy robią praktycznie co chcą. Powołanie Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, sprawi, że ekologiczne szaleństwo sięgnie szczytów absurdu i zwiększy eskalację żądań ekologów.
Rozmach jaki towarzyszy planom powstania zupełnie nie potrzebnego nowego urzędu, wywoływać może w najlepszym przypadku - łapanie się za głowę, tudzież pukanie się w nią.
Centrala tegoż urzędu mieścić się będzie, rzecz jasna - w Warszawie. W każdym mieście wojewódzkim, jego oddział. Zatrudnienie w nim znajdzie około 1040 osób, a średnia pensja dla każdego z nich, wyniesie 5000 tys. złotych. Za pomysł ministra Nowickiego i fanaberie ekologów, zapłacą oczywiście podatnicy, czyli my. Samo funkcjonowanie urzędu pochłonie, bagatela - 111,5 miliona złotych! Po co, na co, i dlaczego - nie wiem. Pewne natomiast jest, że idzie zima.
Artykuł został opublikowany w serwisie www.wiadomosci24.pl
Szykują się ciepłe, w kontekście nie tylko zbliżającej się zimy, ale także dobrze płatne posadki. Formuje się bowiem nowy urząd - Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. Na pomysł powołania nowego urzędniczego tworu, wpadł minister środowiska - Maciej Nowicki. Owa Generalna Dyrekcja, niczym miła dla ekologów huba, przyssie się do kierowanego przez Nowickiego resortu.
Czymże zatem ma zajmować się to kolejne biurokratyczne nieporozumienie? Otóż cechować ma je służalcza spolegliwość w negocjowaniu z ekologicznymi oszołomami warunków np. wycięcia drzew, budowy dróg, czy realizacji innych inwestycji. Generalnie chodzi o to, że urzędasy będą starały się wypraszać zgodę u ekologów
na każdy plan budowy czegokolwiek. Jednak w taki sposób, aby ten został zaakceptowany przez "zielonych".
Będą więc dysputy o żabkach, chrząszczach, mrówkach i każdej innej gadzinie, której dobro będzie miało większe znaczenie od ilości budowanych dróg, ich przebiegu czy potrzeb społecznych jak i ekonomicznych.
Już teraz eko-oszołomy robią praktycznie co chcą. Powołanie Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, sprawi, że ekologiczne szaleństwo sięgnie szczytów absurdu i zwiększy eskalację żądań ekologów.
Rozmach jaki towarzyszy planom powstania zupełnie nie potrzebnego nowego urzędu, wywoływać może w najlepszym przypadku - łapanie się za głowę, tudzież pukanie się w nią.
Centrala tegoż urzędu mieścić się będzie, rzecz jasna - w Warszawie. W każdym mieście wojewódzkim, jego oddział. Zatrudnienie w nim znajdzie około 1040 osób, a średnia pensja dla każdego z nich, wyniesie 5000 tys. złotych. Za pomysł ministra Nowickiego i fanaberie ekologów, zapłacą oczywiście podatnicy, czyli my. Samo funkcjonowanie urzędu pochłonie, bagatela - 111,5 miliona złotych! Po co, na co, i dlaczego - nie wiem. Pewne natomiast jest, że idzie zima.
Artykuł został opublikowany w serwisie www.wiadomosci24.pl
Dyskoteka po katolicku
Nawet dyskoteka pod katolickim patronatem, nie musi gwarantować bezpiecznej i udanej zabawy. Przekonał się o tym Dawid, który został pobity niemalże pod drzwiami przykościelnej plebanii, w której dyskoteka się odbywała
Dyskoteki, to teoretycznie miejsca w których winno się tańczyć. W praktyce zaś dzieje się w nich o wiele więcej i to niekoniecznie dobrego. Picie alkoholu w dyskotece, to powszechna manifestacja swobód obywatelskich. Gorzej kiedy alkohol ten spożywają osoby nieletnie, a już zupełnie fatalnie, gdy do tego alkoholu dodawane są narkotyki, w celu seksualnego wykorzystania niczego nie świadomych, młodych kobiet. Alkohol wypity w dyskotece, bywa przyczyną także innych tragedii. Na porządku dziennym handluje się narkotykami, w dyskotekach, klubach, pubach czy innych "tańcbudach". Reasumując, dyskoteki nie należą do miejsc bezpiecznych. Często nasuwa mi się myśl, że dla młodzieży potańcówka to tylko wymówka.
Nic zatem dziwnego, że rodzice przeświadczeni najgorszymi przeczuciami, niechętnie zgadzają się na "wypady" swoich pociech do tych przybytków. Wchodzącym dopiero co w dorosłość młodym ludziom, łatwiej jest egzekwować u rodziców prawa do niezależności. I chociaż niezależność ta jest często pozorna, rodzice przyparci argumentami o pełnoletności popartymi zapewnieniami "o uważaniu", przyzwalają na wyjście do dyskoteki. Nieletnim jest o wiele trudniej nakłonić rodzicieli do zgody na wyjście na tańce. Często takie nakłanianie ciągnie się do uzyskania pełnoletności, a rodzice głusi są na wszystkie argumenty, prośby i zapewnienia.
Zapewne w tej gorszej sytuacji był niespełna 17-letni Dawid z okolic Lublina. Argumentem w walce o wyjście na swoją pierwszą w życiu dyskotekę było to, że dyskotekę organizowało Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży na plebanii przy kościele w Kaniach. Wieść o katolickim patronacie potańcówki, wyzbyła z obaw rodziców Dawida. Choć przesadnie purytańscy, zgodzili się na wyjście Dawida do dyskoteki. Gwarantem bezpieczeństwa ich syna, była plebania, kościół i zabawa w gronie młodzieży katolickiej. Tak mniemali.
Podekscytowany i szczęśliwy Dawid, wyszedł więc na swoją pierwszą w życiu dyskotekę. Partnerów do tańca znalazł już pod plebanią. Niedoświadczony, bez znajomości najnowszych trendów tanecznych, wyszedł (na szczęście) z tej inicjacji z uszkodzonymi zębami, złamaną kością policzkową i niezliczonymi siniakami.
Zapewne miał przyjemność (wątpliwą), tańczyć z jednymi z przedstawicieli Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży.
Godne pochwały jest zachowanie głównego organizatora katolickich pląsów, księdza Łukasza Boguty, który z rozbrajającą szczerością stwierdził, że jest mu przykro. Dodał też, że i tak dyskoteki na plebaniach, odciągają młodzież od rozrób wszelakich. Wybaczcie mu, bo nie wie co mówi.
Dyskoteki, to teoretycznie miejsca w których winno się tańczyć. W praktyce zaś dzieje się w nich o wiele więcej i to niekoniecznie dobrego. Picie alkoholu w dyskotece, to powszechna manifestacja swobód obywatelskich. Gorzej kiedy alkohol ten spożywają osoby nieletnie, a już zupełnie fatalnie, gdy do tego alkoholu dodawane są narkotyki, w celu seksualnego wykorzystania niczego nie świadomych, młodych kobiet. Alkohol wypity w dyskotece, bywa przyczyną także innych tragedii. Na porządku dziennym handluje się narkotykami, w dyskotekach, klubach, pubach czy innych "tańcbudach". Reasumując, dyskoteki nie należą do miejsc bezpiecznych. Często nasuwa mi się myśl, że dla młodzieży potańcówka to tylko wymówka.
Nic zatem dziwnego, że rodzice przeświadczeni najgorszymi przeczuciami, niechętnie zgadzają się na "wypady" swoich pociech do tych przybytków. Wchodzącym dopiero co w dorosłość młodym ludziom, łatwiej jest egzekwować u rodziców prawa do niezależności. I chociaż niezależność ta jest często pozorna, rodzice przyparci argumentami o pełnoletności popartymi zapewnieniami "o uważaniu", przyzwalają na wyjście do dyskoteki. Nieletnim jest o wiele trudniej nakłonić rodzicieli do zgody na wyjście na tańce. Często takie nakłanianie ciągnie się do uzyskania pełnoletności, a rodzice głusi są na wszystkie argumenty, prośby i zapewnienia.
Zapewne w tej gorszej sytuacji był niespełna 17-letni Dawid z okolic Lublina. Argumentem w walce o wyjście na swoją pierwszą w życiu dyskotekę było to, że dyskotekę organizowało Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży na plebanii przy kościele w Kaniach. Wieść o katolickim patronacie potańcówki, wyzbyła z obaw rodziców Dawida. Choć przesadnie purytańscy, zgodzili się na wyjście Dawida do dyskoteki. Gwarantem bezpieczeństwa ich syna, była plebania, kościół i zabawa w gronie młodzieży katolickiej. Tak mniemali.
Podekscytowany i szczęśliwy Dawid, wyszedł więc na swoją pierwszą w życiu dyskotekę. Partnerów do tańca znalazł już pod plebanią. Niedoświadczony, bez znajomości najnowszych trendów tanecznych, wyszedł (na szczęście) z tej inicjacji z uszkodzonymi zębami, złamaną kością policzkową i niezliczonymi siniakami.
Zapewne miał przyjemność (wątpliwą), tańczyć z jednymi z przedstawicieli Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży.
Godne pochwały jest zachowanie głównego organizatora katolickich pląsów, księdza Łukasza Boguty, który z rozbrajającą szczerością stwierdził, że jest mu przykro. Dodał też, że i tak dyskoteki na plebaniach, odciągają młodzież od rozrób wszelakich. Wybaczcie mu, bo nie wie co mówi.
"Objawienia" to pełen bezeceństw serial, przed emisją którego wzbrania się brytyjski Kościół. Jestem jednak pewien, że stacja BBC nie zlęknie się niezadowolenia brytyjskich hierarchów Krk, i zobaczyć będzie można egzorcyzmy na Matce Teresie.
Jeszcze się nie zaczęło a już się... zaczęło. Stacja BBC zamierza wyemitować serial "Objawienia". W serialu tym zobaczyć będzie można np. jak homoseksualista opętany przez diabła, obdziera ze skóry katolickiego księdza żywcem. Takich "kwiatków" przewidziano więcej, a scenarzyści nie popuścili nawet Matce Teresie, którą zajmował będzie się egzorcysta, wypędzając z niej siły nieczyste.
Nie trudno się domyślić, że takie fabuły są nie do przyjęcia przez brytyjski Kościół katolicki. Nie łudźmy się, że którykolwiek Kościół wyraziłby aprobatę dla takich bezeceństw. Ten brytyjski stwierdza, że "Serial jest niezgodny z kodeksem etycznym telewizji publicznej". - No raczej chyba, i chociaż nie wnikam w kodeksy etyczne brytyjskich mediów, to stawiam w ciemno na to, że ichniejsi hierarchowie Krk idą va bank, nie zadawszy sobie trudu zapoznania się z tą etyką. Zresztą, Czort ich tam wie.
Odpór wielebnym przeciwnikom tego obrazoburczego serialu, daje odtwórca głównej roli - Martin Shaw. Ripostuje on, że do egzorcyzmów Matki Teresy doszło naprawdę, a miały one miejsce w 1997 roku. Pewny swego, "rzuca rękawice", prowokując - "Jeśli się mylę, niech Kościół zaprzeczy". Rękawica nie zostaje jednak podjęta. Oburzony hipokryzją kościelnych dostojników, zapewne "nawrzucał" im jeszcze parę ciepłych słów, z których to najłagodniejsze brzmiało - "To brutalna cenzura".
Jestem jednak pewien, że "Objawienia" będą emitowane, bijąc rekordy oglądalności. Nie wykluczam też, że Martin Shaw zdobędzie Oscara, albo jakąś inną ważną nagrodę filmową. Bezapelacyjnie jestem też pewien, że w Polsce byłby skończony. Stosy palą się szybko.
Artykuł został opublikowany w serwisie - www.wiadomosci24.pl
Jeszcze się nie zaczęło a już się... zaczęło. Stacja BBC zamierza wyemitować serial "Objawienia". W serialu tym zobaczyć będzie można np. jak homoseksualista opętany przez diabła, obdziera ze skóry katolickiego księdza żywcem. Takich "kwiatków" przewidziano więcej, a scenarzyści nie popuścili nawet Matce Teresie, którą zajmował będzie się egzorcysta, wypędzając z niej siły nieczyste.
Nie trudno się domyślić, że takie fabuły są nie do przyjęcia przez brytyjski Kościół katolicki. Nie łudźmy się, że którykolwiek Kościół wyraziłby aprobatę dla takich bezeceństw. Ten brytyjski stwierdza, że "Serial jest niezgodny z kodeksem etycznym telewizji publicznej". - No raczej chyba, i chociaż nie wnikam w kodeksy etyczne brytyjskich mediów, to stawiam w ciemno na to, że ichniejsi hierarchowie Krk idą va bank, nie zadawszy sobie trudu zapoznania się z tą etyką. Zresztą, Czort ich tam wie.
Odpór wielebnym przeciwnikom tego obrazoburczego serialu, daje odtwórca głównej roli - Martin Shaw. Ripostuje on, że do egzorcyzmów Matki Teresy doszło naprawdę, a miały one miejsce w 1997 roku. Pewny swego, "rzuca rękawice", prowokując - "Jeśli się mylę, niech Kościół zaprzeczy". Rękawica nie zostaje jednak podjęta. Oburzony hipokryzją kościelnych dostojników, zapewne "nawrzucał" im jeszcze parę ciepłych słów, z których to najłagodniejsze brzmiało - "To brutalna cenzura".
Jestem jednak pewien, że "Objawienia" będą emitowane, bijąc rekordy oglądalności. Nie wykluczam też, że Martin Shaw zdobędzie Oscara, albo jakąś inną ważną nagrodę filmową. Bezapelacyjnie jestem też pewien, że w Polsce byłby skończony. Stosy palą się szybko.
Artykuł został opublikowany w serwisie - www.wiadomosci24.pl
Upadła "gwiazda" w osobie Ivana Komarenki, może jeszcze zaświecić dzięki Tadeuszowi Rydzykowi. Ten magnat medialny, podjął się bowiem jego lansu. Co prawda, Komarenko będzie musiał znaleźć się w innym repertuarze, ale grunt to istnieć...
Nie musimy się już obawiać o wystawienie polskiego reprezentanta na przyszłą Eurowizję. Szansy w oddelegowaniu na ten festiwal kogoś, kto doskonale wpisuje się w jego koncepcję kiczu, należy upatrywać w Ivanie Komarence. Dla przypomnienia, Ivan Komarenko to były lider nieistniejącej już grupy - "Ivan i Delfin", której chyba największym sukcesem i odwagą zarazem, było publiczne występowanie pod tak idiotyczną nazwą.
Piewcy żałosnej muzycznie papki, która nie irytowała chyba tylko tych, którzy "polegli" twarzą w talerzu, zakończyli (na szczęście) działalność. Krótko mówiąc, delfin odpłynął, a Ivan został sam. Komarenko jednak zdążył przyzwyczaić się egzystowania na celowniku kamer, którą to egzystencję zapewniały mu rozhisteryzowane małolaty, sikające po nogach w takt "Czarnych oczu". Po odpłynięciu delfina, nie znalazł się już ani rekin, ani wieloryb, czy inny kaszalot, na którym można by było dryfować, żerując na gustach niezbyt wymagających.
Ale parcie na szkło uzależnia. Komarenko jako silnie od niego uzależniony, nie złożył broni i zapukał do drzwi magnata medialnego... Tadeusza Rydzyka! Ojciec Rydzyk, otoczył Ivana jak najbardziej ojcowską opieką i zaoferował swą pomoc. Pomoc ta, czy też współpraca jak kto woli, zaowocowała powstaniem megahitu, piosenki pod tytułem - "Tak mówił papież".
Tak więc jest to dobra informacja zarówno w kontekście przyszłej Eurowizji, jak i dla wszystkich wykonawców z pogranicza disco polo, których twórczy zakręt okaże się zbyt długi, a "czerwone majteczki w niebieskie paseczki" czy jakoś tak, okażą się zbyt słabym magnesem dla publiki, bo na przykład jej muzyczne gusta się ucywilizują. Zawsze swojej szansy będą mogli szukać u Rydzyka. Bo Rydzyk robi lans.
Źródło: internet
Artykuł został opublikowany w serwisie - www.wiadomosci24.pl
Nie musimy się już obawiać o wystawienie polskiego reprezentanta na przyszłą Eurowizję. Szansy w oddelegowaniu na ten festiwal kogoś, kto doskonale wpisuje się w jego koncepcję kiczu, należy upatrywać w Ivanie Komarence. Dla przypomnienia, Ivan Komarenko to były lider nieistniejącej już grupy - "Ivan i Delfin", której chyba największym sukcesem i odwagą zarazem, było publiczne występowanie pod tak idiotyczną nazwą.
Piewcy żałosnej muzycznie papki, która nie irytowała chyba tylko tych, którzy "polegli" twarzą w talerzu, zakończyli (na szczęście) działalność. Krótko mówiąc, delfin odpłynął, a Ivan został sam. Komarenko jednak zdążył przyzwyczaić się egzystowania na celowniku kamer, którą to egzystencję zapewniały mu rozhisteryzowane małolaty, sikające po nogach w takt "Czarnych oczu". Po odpłynięciu delfina, nie znalazł się już ani rekin, ani wieloryb, czy inny kaszalot, na którym można by było dryfować, żerując na gustach niezbyt wymagających.
Ale parcie na szkło uzależnia. Komarenko jako silnie od niego uzależniony, nie złożył broni i zapukał do drzwi magnata medialnego... Tadeusza Rydzyka! Ojciec Rydzyk, otoczył Ivana jak najbardziej ojcowską opieką i zaoferował swą pomoc. Pomoc ta, czy też współpraca jak kto woli, zaowocowała powstaniem megahitu, piosenki pod tytułem - "Tak mówił papież".
Tak więc jest to dobra informacja zarówno w kontekście przyszłej Eurowizji, jak i dla wszystkich wykonawców z pogranicza disco polo, których twórczy zakręt okaże się zbyt długi, a "czerwone majteczki w niebieskie paseczki" czy jakoś tak, okażą się zbyt słabym magnesem dla publiki, bo na przykład jej muzyczne gusta się ucywilizują. Zawsze swojej szansy będą mogli szukać u Rydzyka. Bo Rydzyk robi lans.
Źródło: internet
Artykuł został opublikowany w serwisie - www.wiadomosci24.pl
Niestety, Polska nie znalazła się w gronie sześciu europejskich państw, wobec których USA zniosło wizy. Biorąc pod uwagę fakt wzorowego sojuszu Polski z USA, choćby w walce terroryzmem, decyzja ta wydawać może się niezrozumiała
USA zniosło wizy dla sześciu krajów Unii Europejskiej. Z tego faktu mogą cieszyć się: Litwa, Estonia, Łotwa, Słowacja, Czechy i Węgry. Niestety, Polska po raz kolejny musi obejść się smakiem. Z godnie z przewidywaniami, "wujek Sam" znowu pokazał Polsce "gest Kozakiewicza". Na nic zdał się nasz wzorowy sojusz, w końcu nasze wojska z Iraku zostaną wycofane jako ostatnie. Na nic nasza zgoda na umieszczeniu na swoim terytorium amerykańskich wyrzutni antyrakietowych. Na nic nasza wierność, służalczość i niemalże wasalska postawa. Jak zwykle z radością będziemy musieli przyjąć braterskie poklepywanie po plecach, i z dumą napawać się paradą Pułaskiego.
Bush z okazji okazania aktu łaski dla "grupy sześciu", zaprosił do Białego Domu ambasadorów tychże krajów, wietrząc w tym sposobność dla podkreślenia swojego sukcesu, jako tego, który zniósł wizy dla tak wielu państw jednocześnie. Nie przypadkowo ta demonstracja miłosierdzia przypada na przedwyborczy okres w USA.
Pozostaje nam wierzyć w to, że państwa wobec których zniesiono obowiązek wizowy, naprawdę spełniły konieczne do tego warunki, a Polsce wyjątkowo pechowo się nie udało. Jak zwykle. Jednym z wymogów mających wpływ na zniesienie wiz, jest odmowa wydania zgody na wjazd do USA, nie przekraczająca maksymalnie 10 proc. kraju starających się o wydanie wiz.
W ostatnim roku wydano ponad 100 tys. wiz, a odmowę uzyskał co piąty Polak. W przeszłości było jeszcze gorzej, bo co trzeci rodak opuścił amerykański konsulat z kwitkiem, i nie była to bynajmniej upragniona wiza.
Ambasada amerykańska radośnie dostrzega, że Polska poprawia się, i już za chwileczkę, już za momencik... będzie znowu tak blisko. Pozostanie nam więc przyjęcie od "Wielkiego Brata" w łasce niezmierzonej, jakichś zdezelowanych okrętów, może czołgów, czy innego żelastwa jako uzupełnienie do wciśniętych nam nielotów F16. W tej jednostronnej "miłości", z dumą będziemy mogli ofiarować "sojusznikom" swoje złomowisko, wyręczając ich z kłopotu składowania go, i w oczekiwaniu na wizy, z uśmiechem na ustach słuchać o offsetach i innych bzdetach.
Artykuł został opublikowany w serwisie - www.wiadomosci24.pl
USA zniosło wizy dla sześciu krajów Unii Europejskiej. Z tego faktu mogą cieszyć się: Litwa, Estonia, Łotwa, Słowacja, Czechy i Węgry. Niestety, Polska po raz kolejny musi obejść się smakiem. Z godnie z przewidywaniami, "wujek Sam" znowu pokazał Polsce "gest Kozakiewicza". Na nic zdał się nasz wzorowy sojusz, w końcu nasze wojska z Iraku zostaną wycofane jako ostatnie. Na nic nasza zgoda na umieszczeniu na swoim terytorium amerykańskich wyrzutni antyrakietowych. Na nic nasza wierność, służalczość i niemalże wasalska postawa. Jak zwykle z radością będziemy musieli przyjąć braterskie poklepywanie po plecach, i z dumą napawać się paradą Pułaskiego.
Bush z okazji okazania aktu łaski dla "grupy sześciu", zaprosił do Białego Domu ambasadorów tychże krajów, wietrząc w tym sposobność dla podkreślenia swojego sukcesu, jako tego, który zniósł wizy dla tak wielu państw jednocześnie. Nie przypadkowo ta demonstracja miłosierdzia przypada na przedwyborczy okres w USA.
Pozostaje nam wierzyć w to, że państwa wobec których zniesiono obowiązek wizowy, naprawdę spełniły konieczne do tego warunki, a Polsce wyjątkowo pechowo się nie udało. Jak zwykle. Jednym z wymogów mających wpływ na zniesienie wiz, jest odmowa wydania zgody na wjazd do USA, nie przekraczająca maksymalnie 10 proc. kraju starających się o wydanie wiz.
W ostatnim roku wydano ponad 100 tys. wiz, a odmowę uzyskał co piąty Polak. W przeszłości było jeszcze gorzej, bo co trzeci rodak opuścił amerykański konsulat z kwitkiem, i nie była to bynajmniej upragniona wiza.
Ambasada amerykańska radośnie dostrzega, że Polska poprawia się, i już za chwileczkę, już za momencik... będzie znowu tak blisko. Pozostanie nam więc przyjęcie od "Wielkiego Brata" w łasce niezmierzonej, jakichś zdezelowanych okrętów, może czołgów, czy innego żelastwa jako uzupełnienie do wciśniętych nam nielotów F16. W tej jednostronnej "miłości", z dumą będziemy mogli ofiarować "sojusznikom" swoje złomowisko, wyręczając ich z kłopotu składowania go, i w oczekiwaniu na wizy, z uśmiechem na ustach słuchać o offsetach i innych bzdetach.
Artykuł został opublikowany w serwisie - www.wiadomosci24.pl
Kancelaria Prezydenta chce zwiększenia budżetu, który przeznaczony zostanie na bieżące wydatki. Argumentacją za większym budżetem ma być większa aktywność prezydenta, polegająca choćby na rozdawaniu Orderów Orła Białego.
Kancelaria Prezydenta domaga się zwiększenia budżetu o 30 mln złotych. Piotr Kownacki – szef Kancelarii Prezydenta nie ma wątpliwości, że pieniądze te są niezbędne do jej funkcjonowania. Tegoroczny budżet w wysokości 160 mln złotych to stanowczo za mało, aby Kancelaria mogła pokrywać wydatki na bieżące sprawy – twierdzi.
Opiniowaniem projektem budżetu Kancelarii Prezydenta na 2009 rok, zajmuje się Komisja Regulaminowa i Spraw Poselskich. Media informują, że koalicja rządowa będzie chciała dokonać ostrych cięć w budżecie prezydenckiej kancelarii. Kancelaria tymczasem jest głucha na argumenty, kategorycznie żądając zwiększenia środków finansowych.
Kownacki przekonuje dziennikarzy, że Kancelaria jest biedna niczym pustelnia. Wyciąganie rąk po dodatkowe 30 mln złotych, uzasadnia trzema latami drastycznych ograniczeń. Wskazuje konieczność wymiany tego co popsute oraz mus uzupełnienia tego czego brakuje. Przy czym wierzy, że KRiSP przychylnie sprawę rozpatrzy i hojnie groszem wspomoże. Bez żadnych złośliwości, pyskówek i niemerytorycznych przepychanek, rzecz jasna.
Zapytany przytomnie przez dziennikarzy o możliwość redukcji etatów w Kancelarii, która miałaby wpływ na odciążenie budżetu tejże, odpowiedział, że nie można zwalniać pracowników ot tak sobie. Biorąc pod uwagę ich głodowe pensje, czyli średnio 7 tys. złotych brutto, to naprawdę nikłe obciążenie.
To oczywista oczywistość, że nie wolno ot tak sobie zwalniać pracowników, i ja o tym wiem. Natomiast nie wiem i dlatego pytam – po co Kancelaria zatrudniła o 50 osób więcej, w stosunku do początku kadencji? Ano po to, że pan prezydent jął przejawiać większą aktywność w „całym szeregu dziedzin” - zapewnia Kownacki. Przykładem tej prezydenckiej aktywności są różne inicjatywy legislacyjne i polityka historyczna.
Legislacja legislacją, ale polityka historyczna, której jedynym celem jest stroszenie piór, igrzyska pompatyzmu i ciągłe nadymanie się z byle jakich powodów, zakrawa na kpinę. Jak choćby rozdawnictwo najwyższych odznaczeń państwowych jak popadnie. Przykład – ostatnie nadanie Orderu Orła Białego kardynałowi Henrykowi Gulbinowiczowi, jako wielce zasłużonemu rzecz jasna. Jeżeli te pieniądze mają służyć takim „bieżącym wydatkom”, to ich sens jest taki jak cała ta prezydentura.
W głowach się poprzewracało – powiedzą jedni. Drudzy, że poprzewracało się w... I jedni i drudzy rację mieć będą.
Artykuł został opublikowany w serwisie - www.wiadomosci24.pl
Kancelaria Prezydenta domaga się zwiększenia budżetu o 30 mln złotych. Piotr Kownacki – szef Kancelarii Prezydenta nie ma wątpliwości, że pieniądze te są niezbędne do jej funkcjonowania. Tegoroczny budżet w wysokości 160 mln złotych to stanowczo za mało, aby Kancelaria mogła pokrywać wydatki na bieżące sprawy – twierdzi.
Opiniowaniem projektem budżetu Kancelarii Prezydenta na 2009 rok, zajmuje się Komisja Regulaminowa i Spraw Poselskich. Media informują, że koalicja rządowa będzie chciała dokonać ostrych cięć w budżecie prezydenckiej kancelarii. Kancelaria tymczasem jest głucha na argumenty, kategorycznie żądając zwiększenia środków finansowych.
Kownacki przekonuje dziennikarzy, że Kancelaria jest biedna niczym pustelnia. Wyciąganie rąk po dodatkowe 30 mln złotych, uzasadnia trzema latami drastycznych ograniczeń. Wskazuje konieczność wymiany tego co popsute oraz mus uzupełnienia tego czego brakuje. Przy czym wierzy, że KRiSP przychylnie sprawę rozpatrzy i hojnie groszem wspomoże. Bez żadnych złośliwości, pyskówek i niemerytorycznych przepychanek, rzecz jasna.
Zapytany przytomnie przez dziennikarzy o możliwość redukcji etatów w Kancelarii, która miałaby wpływ na odciążenie budżetu tejże, odpowiedział, że nie można zwalniać pracowników ot tak sobie. Biorąc pod uwagę ich głodowe pensje, czyli średnio 7 tys. złotych brutto, to naprawdę nikłe obciążenie.
To oczywista oczywistość, że nie wolno ot tak sobie zwalniać pracowników, i ja o tym wiem. Natomiast nie wiem i dlatego pytam – po co Kancelaria zatrudniła o 50 osób więcej, w stosunku do początku kadencji? Ano po to, że pan prezydent jął przejawiać większą aktywność w „całym szeregu dziedzin” - zapewnia Kownacki. Przykładem tej prezydenckiej aktywności są różne inicjatywy legislacyjne i polityka historyczna.
Legislacja legislacją, ale polityka historyczna, której jedynym celem jest stroszenie piór, igrzyska pompatyzmu i ciągłe nadymanie się z byle jakich powodów, zakrawa na kpinę. Jak choćby rozdawnictwo najwyższych odznaczeń państwowych jak popadnie. Przykład – ostatnie nadanie Orderu Orła Białego kardynałowi Henrykowi Gulbinowiczowi, jako wielce zasłużonemu rzecz jasna. Jeżeli te pieniądze mają służyć takim „bieżącym wydatkom”, to ich sens jest taki jak cała ta prezydentura.
W głowach się poprzewracało – powiedzą jedni. Drudzy, że poprzewracało się w... I jedni i drudzy rację mieć będą.
Artykuł został opublikowany w serwisie - www.wiadomosci24.pl
Słynny wynalazca i filantrop - Alfred Nobel, to nie tylko dynamit i nagroda jego imienia. Mało kto wie, że był także surowym krytykiem poczynań Kościoła. Poczynania te opisał w swej sztuce - "Nemesis", którą zachowano w trzech kopiach...
Jak dynamit, to Alfred Nobel (1833-1896), jego wynalazca. Z tym głównie jest kojarzony i taką wiedzę
o nim większość posiadła, włącznie ze mną. Wiadomo jeszcze, że jest fundatorem nagród, które przyznawane są od 1901 roku, dodać należy - słynnych nagród - Nagroda Nobla. Na uwagę zasługuję też fakt, że jest (był) właścicielem ponad 350 patentów.
Ale mało kto wie, że ten urodzony 175 lat temu wynalazca, był także autorem dramatu w pięciu aktach, pod tytułem - "Nemesis". Dramat ten został wydany drukiem w Paryżu 1896 roku, dokładnie w dniu jego śmierci. Biorąc pod uwagę wszechstronny talent Alfreda Nobla, nie powinno to dziwić, że próbował swych sił także w pisarstwie. Jednak dramat jego autorstwa do dziś wzbudza wiele emocji, do tego stopnia, że okrzyknięty został... bluźnierstwem!
Otóż historia "Nemesis" toczy się w XVI-wiecznym Rzymie. Jest to opowieść o losach Beatrice Cenci, która zamordowała swojego ojca - gwałciciela i tyrana. Szokującym faktem w tym dramacie jest to, iż morderstwo to dokonuję się pod kierownictwem katolickiego księdza. Natomiast Matka Boska jest tą, która wymyśla i podpowiada tortury.
Alfred Nobel odważnie dopuszcza się w swojej sztuce jawnej krytyki kościoła, nazywając go -"najstraszniejszą z ohyd". Mało tego, katolicką moralność tak propagowaną przez Kościół, nazywa wręcz -"zwodzeniem chłopów", a spowiedź - "szpiegowaniem ułatwiającym wywieraniem presji".
W nakreślonych dawno temu przez Nobla opisów obłudy Kościoła jak i jego nadużyć, do czasów dzisiejszych nie zmieniło się nic. Pytanie, czy to troska rodziny o dobre imię słynnego filantropa i wynalazcy, czy też naciski ze strony kręgów katolickich, wpłynęły na decyzję o zniszczeniu całego nakładu niewygodnej książki?
Jej trzy kopie zachowała rodzina Nobla.
Jednakże pamięć o niej zachowali ludzie, którzy pamięcią tą dzielą się z innymi. Tego zniszczyć się nie da, zwłaszcza, że sam Kościół poprzez swoje zachowania, zapomnieć nie pozwala.
Artykuł został opublikowany w serwisie - www.wiadomosci24.pl
Jak dynamit, to Alfred Nobel (1833-1896), jego wynalazca. Z tym głównie jest kojarzony i taką wiedzę
o nim większość posiadła, włącznie ze mną. Wiadomo jeszcze, że jest fundatorem nagród, które przyznawane są od 1901 roku, dodać należy - słynnych nagród - Nagroda Nobla. Na uwagę zasługuję też fakt, że jest (był) właścicielem ponad 350 patentów.
Ale mało kto wie, że ten urodzony 175 lat temu wynalazca, był także autorem dramatu w pięciu aktach, pod tytułem - "Nemesis". Dramat ten został wydany drukiem w Paryżu 1896 roku, dokładnie w dniu jego śmierci. Biorąc pod uwagę wszechstronny talent Alfreda Nobla, nie powinno to dziwić, że próbował swych sił także w pisarstwie. Jednak dramat jego autorstwa do dziś wzbudza wiele emocji, do tego stopnia, że okrzyknięty został... bluźnierstwem!
Otóż historia "Nemesis" toczy się w XVI-wiecznym Rzymie. Jest to opowieść o losach Beatrice Cenci, która zamordowała swojego ojca - gwałciciela i tyrana. Szokującym faktem w tym dramacie jest to, iż morderstwo to dokonuję się pod kierownictwem katolickiego księdza. Natomiast Matka Boska jest tą, która wymyśla i podpowiada tortury.
Alfred Nobel odważnie dopuszcza się w swojej sztuce jawnej krytyki kościoła, nazywając go -"najstraszniejszą z ohyd". Mało tego, katolicką moralność tak propagowaną przez Kościół, nazywa wręcz -"zwodzeniem chłopów", a spowiedź - "szpiegowaniem ułatwiającym wywieraniem presji".
W nakreślonych dawno temu przez Nobla opisów obłudy Kościoła jak i jego nadużyć, do czasów dzisiejszych nie zmieniło się nic. Pytanie, czy to troska rodziny o dobre imię słynnego filantropa i wynalazcy, czy też naciski ze strony kręgów katolickich, wpłynęły na decyzję o zniszczeniu całego nakładu niewygodnej książki?
Jej trzy kopie zachowała rodzina Nobla.
Jednakże pamięć o niej zachowali ludzie, którzy pamięcią tą dzielą się z innymi. Tego zniszczyć się nie da, zwłaszcza, że sam Kościół poprzez swoje zachowania, zapomnieć nie pozwala.
Artykuł został opublikowany w serwisie - www.wiadomosci24.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)
