Chłopaki i dziewczyny, nie wchodźcie na kominy...

Od rana telewizory informują nas o spektakularnej akcji aktywistów Greenpeace, którzy raczyli wdrapać się na stumetrowy komin Elektrowni Turów. Wdrapali się oni na ów komin, bynajmniej nie z zamiarem napawania się panoramą Turowa, lecz aby prowadzić protest. Z premedytacją pominę cel protestu, i odniosę się tylko do jego formy.
Otóż wdrapanie się na komin jako forma protestu, jawi mi się ewidentnie z "poszumem medialnym", pewnego rodzaju lansem, a nade wszystko z barbarzyństwem intelektualnym. W moim odczuciu takie formy protestu, mają podłoże prymitywizmu, i najzwyczajniej w świecie - brzydzę się nimi.
Relacjonujący temat dziennikarz stwierdza, że odpowiednie służby nie mogą podjąć interwencji, gdyż na zwieńczenie komina prowadzi tylko jedna, wąska drabinka.
Nie chcę sugerować tutaj użycia śmigłowca, za pomocą którego zapewne udałoby się "zdjąć" z komina protestujących, ale przecież można by usunąć drabinkę. Aktywiści nie posiadają przecież nieograniczonych zapasów żywności. Śmierć głodowa jednych, pokazałaby ewentualnym naśladowcom, że nie tędy ...droga.

Zemsta po latach, czyli strach nie osłabł...

Nie jestem kino maniakiem, aczkolwiek filmy oglądam. Dzielę je tylko na dwie kategorie; filmy dobre, i filmy złe. To zdecydowanie uproszczona forma podziału, nie zawierająca w sobie żadnego kompromisu. Moje oceny i klasyfikacje filmów, są jak najbardziej subiektywne; są w jakiś sposób „tylko moje”, i „tylko dla mnie”. Oceniam je tak jak odczuwam, i to jedyne, egoistyczne odczuwanie kieruje filmy złe na lewo, dobre na prawo. Wzbraniam się od krytyki i recenzji tego, co przyszło mi obejrzeć. Podczas oceny kieruje się specyficznie samolubnym odczuwaniem tego, co w danym filmie mnie zachwyciło, bądź zohydziło. Do tych, które mnie w jakiś sposób urzekły, wrócę zapewne nie raz. Tych, które są, były fatalne (w moim odczuciu), nie polecę najgorszemu wrogowi...

Dlatego i teraz nie pokuszę się chociażby o próbę jakiejkolwiek recenzji, bo nie jestem w żaden sposób do tego predysponowany. Pomijając fakt braku autorytetu w kwestii wydawania osądów, nie podejmę się też zalążka krytyki, którą zresztą organicznie się brzydzę.

W tym krótkim materiale postaram namówić, tak – namówić, czy raczej zachęcić Was do sięgnięcia po jeden z filmów, które wywarły na mnie niesamowity wpływ, oddając mnie bez pamięci we władanie gatunkowi filmowego, jakim jest horror.

Wiem, wiem, że ujawnienie swoich kinematograficznych preferencji, skutkować może gestami politowania, ale...

Otóż jak już wspomniałem, nie znajdziecie tu recenzji, czy też krytyki. Natomiast pokuszę się o słowa zachęty do obejrzenia horroru, od którego zaczęła się moja przygoda z tym gatunkiem filmowym.

To było jakieś 30 lat temu, wraz z grupą kolegów poszliśmy do kina na film „Zemsta po latach” (The Changeling). Pamiętam, że sam plakat tego filmu wywołał u mnie ciarki na plecach. Miałem wówczas 10, może 11 lat i film ten jako na dziecku, wyrył swoistego rodzaju piętno, którego z trudem pozbywałem się przez szereg lat... Dzisiaj wiem na pewno, że w żadnym wypadku nie pozwoliłbym go obejrzeć moim nieletnim dzieciom.

Dlaczego namawiam do jego obejrzenia? Otóż, po tych 30 latach, podczas których obejrzałem dziesiątki, czy setki horrorów – odczuwałem niedosyt wrażeń, specyficznych dla tego gatunku. Odbyłem zatem sentymentalną podróż do przeszłości, aby przypomnieć sobie film, który niemalże przyprawił mnie wtedy o utratę przytomności ze strachu. Ten film mógł być tylko jeden - „Zemsta po latach”. Przyznam się szczerze, że długo zastanawiałem się, czy obejrzeć go ponownie (drugi raz), i chociaż jestem teraz dorosły, decyzja o ponownym seansie z tym filmem, nie była łatwa.

No cóż, sentyment zwyciężył, męskość nie doznała szwanku i... stało się!

Powiem jeszcze tylko, że po tych 30 latach – bałem się tak samo, kiedy oglądałem go jako dzieciak; bałem się jak jasna cholera...

Film "Zemsta po latach" pobierzesz tutaj. Pamiętaj jednak o tym, żeby nie oglądać go w pojedynkę...

Aptekarze sumienia, uczuć i wartości…

Stąd i zowąd, daje się słyszeć głosy o prześladowaniu katolików (celowo nie piszę chrześcijan), bo między chrześcijanami a katolikami jest taka różnica, jak między krzesłem, a krzesłem elektrycznym. Oczywiście i na jednym i drugim można usiąść, z tym, że na to drugie jest się sadzanym raczej bez woli własnej.
Otóż ci prześladowani, dyskryminowani i będący co oczywiste w mniejszości, mają sumienia, które dzięki prześladowcom bywają zagrożone. Zagrożenia te płyną niemalże z każdej strony, narażając na uszczerbek ich uczucia religijne. Żeby było zabawniej, nikt nigdy nie zdefiniował czym są tak zwane uczucia religijne, co nie przeszkadzało w zmontowaniu odpowiedniego paragrafu i klepnięcia ustawy. Jako, że definicji nie ma, ów prześladowani dowolnie sobie rzecz interpretują, mocno i na wyrost naciągają, dając sądom wszystkich instancji sporo roboty.
Prześladowcy będący w przeważającej większości, muszą mieć się na baczności. Wystarczy bowiem złe spojrzenie, zły gest, złe słowo, aby odpowiadać za naruszenie czyichś uczuć religijnych. Taka konstrukcja prawa broni co zrozumiałe, będących w mniejszości i prześladowanych katolików. Dwoma słowy – broni słabszych.
Posłużę się przykładem ochrony sumienia, uczuć religijnych, a nade wszystko – wartości katolickich ( i tu znowu nie piszę chrześcijańskich, bo…).  Otóż aptekarze ze Stowarzyszenia Farmaceutów Katolickich (dziwne, że nie chrześcijańskich), starają się o takie z miany w prawie farmaceutycznym, które pozwoliłyby im wykonywać czynności zawodowe zgodnie z ich sumieniem. W praktyce oznaczałoby to, że w prowadzonych przez nich aptekach, nie uświadczyłoby się tabletek antykoncepcyjnych, tabletek „po”, spiral, testów ciążowych, kondomów (chyba, że zgodnie z sumieniem podziurawionych), itp.
Nie wykluczone więc, że w kraju gdzie na każdym kroku spotkać się można z prześladowaniem katolików, będzie się można zaopatrzyć się w medykamenty w Aptece Tylko dla Katolików, zgodnie oczywiście z uczuciami, sumieniami i wartościami. Póki co, stowarzyszenie po mimo prześladowań, zebrało 6 tysięcy podpisów. Swoją drogą, ciekawe co na to Stowarzyszenie Piekarzy?

Ogórek jego mać!

Wszystkiego można się spodziewać, ale nie wszystko można zrozumieć. Można też się z tym wszystkim nie zgadzać, ale nic można na to poradzić. Tymczasem rzeczy dzieją się i dziwne i straszne i śmieszne. Odrębnie, bądź połączone ze sobą.
Na przykład mordercze ogórki z Hiszpanii, które zabijają w Niemczech, a niebawem zabijać będą gdzieś indziej – to w kategorii straszne, ale też i śmieszne, jeśli ktoś lubi czarny humor. Mizeria z onych warzyw idzie więc w odstawkę, ale pomidorom też trzeba się bacznie przyjrzeć. Niewykluczone, że także coś knują. Pomidory bowiem są czerwone. Taki ogórek, który ze względu na przeciwstawne walory składnikowe, jak i smakowe, kłóci się na misie z pomidorami, może znienacka zawrzeć z nimi układ, zawiązać spisek i śmiertelnie zaatakować – powodując katastrofę.
Do kategorii dziwnych, zaliczyć można prezydenturę prezydenta 40 milionowego kraju, leżącego w Europie, należącego do Unii Europejskiej, który to ów prezydenturę wypełnia na klęczkach i modlitwach. Do jego mocniejszych akcentów sprawowania najwyższego urzędu w państwie, można zaliczyć całowanie po rękach głowy obcego państwa, opłakiwanie śmierci jednego z hierarchów Krk, zaliczaniu kolejnych pielgrzymek, ostentacyjnemu demonstrowaniu i propagowaniu jedynie słusznej wiary. Wyłania się z tego ponury obraz prezydenta katolików, czyli nie mojego.

Do tego kraju, którego Konstytucja jest podrzędna względem prawa obcego państwa, na czele którego stoi człowiek całowany po rękach przez prezydenta katolików, czyli nie mnie – przyjeżdża prezydent super mocarstwa, które swoją Konstytucję traktuje nadrzędnie względem wszystkich innych umów. Ów prezydent super mocarstwa przyjeżdża nie wiadomo po co, ale jest to wystarczającym powodem do histerycznej paniki, objawiającej się myciem pomników, mobilizacją wszelakich służb i paraliżem stolicy kraju katolików, czyli nie mojego.

Ów prezydent z dalekiego kraju, odwiedza też inne kraje, korzystając w nich z możliwości wspólnego zagrania w ping-pong z ich przedstawicielami, zaśpiewania piosenki, potańczenia i generalnie z okazania zwykłego, ludzkiego luzu.
W kraju reprezentowanym przez prezydenta katolików, jako atrakcje otrzymuje klepanie po plecach, marsz za wieńcem, zapalenie gromnicy, a na koniec wizyty wpycha mu się przed oblicze małego ciałem i duchem człowieczka, bredzącego o współpracy dotyczącej wyjaśnienia katastrofy komunikacyjnej, czym wprawia w zażenowanie niejedno przecież widzącej już tłumaczki.
Do dopełnienia obrazu żenady, brakuje zaprezentowania przybyszowi przybytku Muzeum Powstania Warszawskiego, wszak chełpienie się sromotami, martyrologią i wszelkimi porażkami, to towar eksportowy kraju rządzonego przez prezydenta katolików, czyli nie mojego. Już po odlocie do domu, co zapewne przyczynia się do ulgi odlatującego, dowiedzieć się można, że jeden z liderów partii opozycyjnej, robi zdjęcia telefonem komórkowym prezydentowi z dalekiego kraju, po czym chwali się nimi w jednym z portali społecznościowych. Tutaj Drogi Czytelniku, księguj sobie te informacje w dowolnych kategoriach. Ja ze swojej strony zaksięguję słyszaną z gęsta plotkę, że kraj prezydenta katolików jest demokratyczny, w kategorii – ''śmieszne''.

Dodam jeszcze, że żadne ogóry mi nie straszne, będę czekał na nie z odbezpieczonym mikserem. Tak mi dopomóż pomidor!

Jestem, czyli wróciłem

Tak się złożyło, że mój poczciwy laptop odmówił posłuszeństwa i najnormalniej w świecie - padł. Mam już zapewnienia wysokiej klasy specjalistów, że będą podejmowane wszelkie działania mające na celu przywrócenie go do życia. Diagnoza nie jest raczej optymistyczna, bo zakłada awarię płyty głównej a pośrednio także karty graficznej. Ten dramat przytrafił się w zeszły piątek rano i aż do poniedziałku, czyli do wczoraj nie miałem dostępu do komputera a tym samym do internetu. Ponieważ głód spowodowany nagłym, nieoczekiwanym odcięciem mnie od sieci, nasilał się i stawał się nie do zniesienia, dokonałem zakupu nowego sprzętu, tym razem - stacjonarnego. Trochę się odzwyczaiłem od "blaszaków", ale generalnie sprawa ma się tak jak z jazdą na rowerze. Żeby uciąć wszelkie spekulacje, nie chwalę się, jeno próbuję usprawiedliwić brak swojej aktywności na tymże blogu.

Polskie "mubaraki"

Kiedy na jednym z for skomentowałem sytuację w Egipcie myślą, że owa sytuacja powinna podziałać na wyobraźnię polskiego rządu, zostało to mocno zganione, a i rozszarpany zostałem przez adwersarzy kontr-komentarzami. Otóż należy przypuszczać, że albo kontekst mojej wypowiedzi nie został zrozumiany, albo wszystkim którzy prześcigali się w obsobaczaniu mojej osoby,  żyje się w tym kraju dobrze i nie widzą potrzeby żadnych zmian.

Przemycając taką myśl, podtrzymałem ideę pielęgnowaną we mnie od lat, że kiedyś ten naród się obudzi, i przez wielki, masowy i zorganizowany zryw, odmieni oblicze ziemi. Tej ziemi. Przy czym okaże się, że relacje z Tunezji, Egiptu, Jemenu czy Libii, są relacjami z co najwyżej grzecznych zabaw harcerskich. Przecież nietrudno zauważyć, że takich "mubaraków" z odciskami na dupskach od wieloletniego zasiadania w naszym rządzie, partiach, ugrupowaniach i szlag wie czym jeszcze, jest na pęczki. Będzie kogo gonić? Oczywiście, że tak!

Parafrazując reklamę jednej z kart płatniczych - Dorwanie jednego z drugim - bezcenne! Za wszystko inne, już zostało zapłacone!

Mój kraj, nie mój prezydent...

Prezydent spazmował na uroczystościach pogrzebowych Józefa Życińskiego, czym utwierdził mnie w przekonaniu, że nie jest moim prezydentem. Zresztą utwierdził mnie w tym przekonaniu już dużo wcześniej, kiedy na początku prezydentury pojechał do Watykanu całować po łapskach Ratzingera. W jednym i w drugim przypadku jednakowo mi siebie zohydził, pokazując kto faktycznie dzierży stery władzy i komu pokłony bić należy. Hołdując nieżywemu biskupowi, oraz jeszcze ledwo żyjącemu Papie, pokazał czym dla niego jest Polska będąca wszakże domem wszystkich Polaków, a także otarł się o śmieszność, ale co najgorsze nie pozostawił złudzeń, że pływamy w niezłym szambie, będąc w nim po uszy. Nie licząc już na prezydenta, premiera czy parlamentarzystów, zasadne wydaje się pytanie - kto z tego szamba nas wyciągnie, jak nie my sami?
statystyka